Słów kilka o przesądach ludzi morza

1Fatalne warunki życia, wyjątkowo niebezpieczna służba i stały kontakt z przerażającym żywiołem morza wywarły duży wpływ na kulturę i zwyczaje ludzi morza. Jednym z przejawów prób oswojenia niezrozumiałego i niemożliwego do okiełznania świata wokół stała się wiara w amulety, przesądy i znaki wieszczące szczęście lub pech. Tego typu magiczne praktyki i przekonania istnieją zapewne od kiedy człowiek po raz pierwszy zdecydował się wypłynąć tak daleko, że stracił ląd z zasięgu wzroku i poznał straszną potęgę morza. Ciekawe jest to, że część z nich przetrwała w niemal niezmienionej formie do czasów współczesnych, a większość była znana i uznawana niezależnie od pochodzenia żeglarzy.
Dobre znaki były wśród dawnych marynarzy tak samo ważne, jak złe. Obserwowano zarówno działania sił natury, których nie potrafiono w logiczny sposób wyjaśnić, zachowanie charakterystycznych osób i zwierząt, tatuowano ciała, konstruowano amulety i przestrzegano odpowiednich zwyczajów i zakazów, mających zapewnić bezpieczny powrót na ląd.
Figura nagiej kobiety, umieszczona na dziobie okrętu lub statku uspokajała morze, a jej szeroko otwarte oczy pomagały wypatrzeć niebezpieczeństwo i wiodły okręt przez bezpieczne wody. Wydaje się, że jest to relikt antycznych praktyk nakazujących malować otwarte oczy po obu stronach dziobu okrętu dla ochrony przed złem i wiary w to, że nagość uniemożliwia magowi rzucenie złego uroku. Zwyczaj przetrwał do czasów współczesnych w postaci umieszczania na dziobach żaglowców figur nawiązujących do nazwy lub pochodzenia statku. Dobrym znakiem było także wszelkiego rodzaju ptactwo towarzyszące okrętowi w jego podróży, zwłaszcza jaskółki (sugerujące bliskość stałego lądu) i albatrosy, tak samo jak delfiny płynące przed jego dziobem.
Zwyczaj tatuowania ciał i przekłuwania uszu miał odstraszać złe moce czyhające na marynarzy. Złote kolczyki, oprócz tego, że przynosiły szczęście, miały także stanowić zapłatę za chrześcijański pogrzeb, w razie gdyby ciało marynarza zostało wyrzucone na nieznany ląd. To także nawiązanie do antycznych, greckich zwyczajów pogrzebowych, nakazujących umieścić w ustach nieboszczyka drobną monetę, aby ten mógł w zaświatach zapłacić Charonowi za przewiezienie przez Styks. Echem starożytnych wierzeń było także wzywanie przy różnych okazjach Neptuna, rzymskiego boga morza. Dobrym zwyczajem, zapewniającym szczęście, było wrzucenie do wody na początku rejsu drobnej monety jako ofiary dla bóstwa za bezpieczną podróż, lub, co ciekawe, splunięcie do wody. Jednocześnie zakazane było gwizdanie na pokładzie, również przez mit związany z Neptunem, gdyż miało wywoływać jego gniew i – w konsekwencji – sztorm; stąd angielskie określenie „whistling up the storm”, odpowiednik naszego „wywoływać wilka z lasu”. „Neptun” był także bardzo popularnym imieniem nadawanym okrętom wojennym w XVIII i XIX w. – na przykład pod Trafalgarem biło się ze sobą aż trzech Neptunów: angielski „Neptune”, hiszpański „Neptuno” i francuski „Neptune”. W końcu każdy chciałby mieć po swojej stronie samego boga morza…

5Tak jak gwizdanie ściągało na okręt sztorm (oczywiście nie dotyczy to gwizdania na gwizdku bosmańskim, ale za nieuzasadnione i bezprawne użycie go groziła kara groźniejsza niż burza), tak podkowa umieszczona na maszcie odpędzała złą pogodę. Dobrym znakiem był poród na statku, co jest jednak o tyle zastanawiające, że kobieta na pokładzie uznawana była za przynoszącą pecha (zapewne ze względu na rozpraszanie marynarzy i odciąganie ich od pracy), chyba, że była naga. Stąd właśnie obecność figur nagich kobiet jako rzeźb na dziobach okrętów, gdyż prawdziwa naga kobieta zapewne nie wytrzymałaby na pokładzie zbyt długo.
Dobrym znakiem były też tzw. ognie św. Elma, czyli delikatne wyładowania elektryczne na krawędziach przedmiotów – na morzu najczęściej na szczytach masztów. Jeden ognik miał zwiastować poprawę, dwa – nadchodzące załamanie pogody. W rzeczywistości ognie św. Elma pojawiają się najczęściej w związku z nadchodzącą burzą i często wskazują miejsce w które prawdopodobnie uderzy piorun, więc niekoniecznie musiały być dobrym omenem, chyba, że informacja o załamaniu pogody czy miejscu uderzeniu błyskawicy jest sama w sobie o tyle użyteczna, że można ją dobrze wykorzystać. Ciekawym przesądem jest także wiara w to, że wylanie wina na pokład zapewni – chyba paradoksalnie! – szczęście w czasie długiej podróży.
Druga strona medalu to złe znaki, zwiastujące nieszczęście lub śmierć. Wiara w nie była tak samo powszechna jak wiara w dobre omeny. Należało także wiedzieć jak się przed nieszczęściem zabezpieczyć, i jak podziękować dobremu losowi za wybawienie z opresji – na przykład w przypadku postrzału ranny, jeśli przeżył, zachowywał kulę, która go trafiła i traktował ją jako talizman odsuwający od niego niebezpieczeństwo. W przypadku zaś śmierci kogoś z załogi nie wolno było w czasie tej samej podróży używać jego ubrań, gdyż to sprowadzało pewne nieszczęście nie tylko na marynarza, który złamał tabu, ale na cały statek.
W czasie trwania rejsu nie wolno było także obcinać ani paznokci, ani włosów. Jest to zapewne kolejny przesąd mający swoje korzenie w antyku. Ścięte włosy i paznokcie byłyby darem dla Prozepiny, rzymskiej bogini zaświatów; wierzono, że taka ofiara, uczyniona na morzu, rozzłościłaby Neptuna – w końcu na swoich włościach to on powinien otrzymywać dary! – i sprowadziła nieszczęście. Z religią związany był również przesąd, że morskiej podróży nie wolno rozpoczynać w piątek, gdyż jest to dzień, w którym ukrzyżowano Jezusa Chrystusa. Zakazane było również wypływanie w pierwszy poniedziałek kwietnia – tego dnia Kain uśmiercił Abla. Jak widać, wierzenia marynarzy opierały się na zasadzie „na wszelki wypadek” i zakładały zabezpieczanie się od nieszczęść sprowadzanych przez bóstwa i duchy z różnych, nawet wrogich sobie, religii. Być może pewien związek z tradycją chrześcijańską ma także przesąd, w myśl którego należało unikać ludzi z rudymi włosami (Judasz był ponoć rudy) w drodze na statek przed rozpoczęciem rejsu. Rudzi przynosili pecha całemu statkowi, jednak zły omen można było odwrócić, jeśli przemówiło się do takiego człowieka zanim on się odezwał. Na pokładzie statku niemile widziani byli także księża – nosili się na czarno (w oczach marynarzy kolor pechowy) i przewodzili pogrzebom…
Dobrą lub złą wróżbę mogła stanowić także tak prozaiczna rzecz jak but. Szkoccy rybacy wierzyli, że jeśli w sieci odnaleziono buta z lewej nogi, to był to wyjątkowo zły omen. Aby odwrócić zły los należało splunąć na niego przed wyrzuceniem z powrotem do wody. Z drugiej strony, wyciągnięcie buta z prawej nogi oznaczało niezwykłe szczęście. But ten przywiązywano do masztu i traktowano jako amulet zapewniający szczęście rybackiej ekspedycji.
Pecha przynosiło nazwanie statku lub okrętu imieniem zaręczonej kobiety, tak samo jak nie należało nazywać łodzi imieniem zakończonym literą „a”. Pechowa była również zmiana nazwy statku. Jeśli nie dało się tego uniknąć, wówczas trzeba było zapisać imię do zmiany na papierze, następnie złożyć arkusz i umieścić go w małym pudełku – a później pojemnik wraz z zawartością spalić. Popiół z paleniska należało dokładnie zebrać i wrzucić do morza, koniecznie w czasie odpływu. Osobne obostrzenia dotyczące odpowiedniej pory nocy i fazy księżyca obowiązywały żeglarzy i rybaków śródlądowych.
Bardzo istotne było obserwowanie zachowania niektórych zwierząt. Szczególnymi względami cieszyły się koty, mogące zwiastować zarówno szczęście, jak i pech. Kot liżący swoje futro pod włos zapowiadał nadchodzące gradobicie, jeśli rozrabiał – oznaczało to, że wkrótce nadejdzie wiatr, a kocie kichnięcie było znakiem deszczu. Wierzono także, że kot może celowo wywołać sztorm dzięki magii ukrytej w swoim ogonie, dlatego też starano się zawsze dbać o ich zadowolenie. Jeśli mieszkający na statku kot z własnej woli podszedł do marynarza, uważano to za bardzo szczęśliwy znak, jednakże kot, który podszedł do żeglarza, a potem od niego uciekł, był zwiastunem wielkiego nieszczęścia. Bardzo złym znakiem było także zabicie mewy lub albatrosa, gdyż wierzono, że morskie ptaki to dusze zmarłych żeglarzy. Odnalezienie na pokładzie łososia lub królika mogło powstrzymać rybaka od wypłynięcia na połów. Niezwykle znaczącymi zwierzętami w żeglarskich wierzeniach były również świnie. Zwierzęta te cieszyły się wielkim poważaniem wśród atlantyckich żeglarzy z Indii Zachodnich, gdyż miały racice jak diabeł i były poświęcone Wielkiej Matce – pierwotnemu bóstwu, w którego gestii leżało m.in. panowanie nad wiatrami. Z tego względu nie wymawiano głośno słowa pig („świnia”), zastępując je innymi określeniami, jak Curly-Tail (z ang. „kręcony ogon”) lub Turf-Rooter („grzebiąca w darni”), gdyż to niechybnie przynosiło silny wiatr. Zabicie zaś świni na pokładzie statku skutkowało potężnym sztormem.
Na koniec chciałbym wspomnieć historię o odwracaniu złego uroku w czasach całkiem współczesnych, zasłyszaną wśród innych morskich opowieści od kapitana Anatola Molokanova z Libavy. Otóż spotkał on kiedyś żeglarza, któremu wiatr niemal zawsze wiał w dziób jego łodzi; przy wspólnej zabawie, na którejś z bałtyckich wysp ktoś postanowił z niego zadrwić i zdradził mu sposób na odczarowanie „fatum”. Otóż należało odnaleźć najstarszą prostytutkę na wyspie, i zmusić ją, na pełnym morzu, do oddania moczu z bukszprytu w kierunku kadłuba. Wszyscy potraktowali opowieść w kategorii żartu, oprócz pechowego kapitana, który odnalazł odpowiednią panią i zorganizował na swoim jachcie imprezę z nieświadomą prostytutką w roli głównej. Po wypłynięciu daleko w morze i wielu drinkach udało się zmusić przerażoną kobietę do rozebrania się do naga, wspięcia na koniec bukszprytu i załatwienia odpowiedniej potrzeby. Czy pomogło? Ponoć kapitan-pechowiec, spytany na odchodnym o to samo, odparł: „Wydaje mi się, że wiatr się powolutku zmienia…”

Michał „Bosman” Karolak

Artykuł powstał dzięki inspiracji i uprzejmości Williama „Smithy” Kinga.