Kaperski Szlak – wyprawa Kompanii do Arensburga

1Wszystko zaczęło się w lipcu 2012 roku. Wtedy właśnie narodził się pomysł zorganizowania rejsu kaperskiej załogi na pokładzie żaglowca Libava. Zaproszenie ze strony Anatola Mołokanowa (na zdjęciu), kapitana okrętu, zostało entuzjastycznie przyjęte przez Kompanię Kaperską. O świcie pierwszego dnia sierpnia wsiedliśmy w Warszawie w autobus i rozpoczęliśmy pełną przygód podróż na wschód – do Rygi. Droga biegła szybko, załoga autokaru była bardzo miła, krajobrazy za oknem ciekawe, rum w plecakach zachęcająco pobrzękiwał…

2Wieczorem wreszcie byliśmy na miejscu. Tu pojawiła się pierwsza trudność – wedle zaproszenia mieliśmy dotrzeć na Łotwę następnego dnia rano, niestety na odpowiedni rejs zabrakło biletów, i musieliśmy jechać dzień wcześniej. Bosman, dowodzący wyprawą, postanowił jednak nie narażać załogi na dodatkowe koszty i zrezygnował z wynajmowania noclegu, więc teoretycznie nie mieliśmy gdzie spędzić nocy. Z pomocą przyszedł nieoceniony kapitan Anatol, który dowiedziawszy się o naszym przyjeździe wytłumaczył nam dokładnie jak dotrzeć do przystani, przyjechał po nas samochodem i zostawił na noc na Libavie. Pierwszy wieczór był bardzo sympatyczny, okazało się, że w ładowniach okrętu został jeszcze spory zapas piwa i rumu, Anatol spędził z nami większą część imprezy powitalnej, a idąc spać do domu poprosił nas tylko, żebyśmy nie wypływali za daleko w morze. Po „ochrzczeniu” (przy pomocy rumu z solą i tabasco oraz bosmańskiego kija) trójki załogantów – Smitha, Matthewsa i Martinsa – którzy po raz pierwszy byli na zagranicznym wyjeździe, kaprzy po kolei pokładli się spać. W końcu nazajutrz mieliśmy wyruszyć w bojowy rejs!

3Kolejny poranek upłynął pod znakiem przygotowywania krypy do rejsu. Odwiedził nas Bruno, pierwszy oficer Libavy, i pomógł zdobyć zaopatrzenie. Nie przeszkodziły nam przejściowe trudności (jeden z furażerów zgubił drogę, bosman był lekko niedysponowany) i w końcu około południa byliśmy gotowi. W tzw. międzyczasie odwiedziła nas wycieczka miejscowych staruszków, z którymi odbyliśmy pierwszy, krótki (ok. 30 minut) rejs po wodach Zatoki Ryskiej. Po powrocie uzupełniliśmy paliwo i energię, poznaliśmy i pożegnaliśmy rodzinę kapitana Anatola , by o godzinie 15-tej opuścić urokliwą przystań w Lialupe nieopodal Rygi i wyruszyć na północ. Pogoda była wspaniała, świeciło słońce, wiał całkiem mocny wiatr – wymarzony dzień na rejs!
4Po postawieniu żagli ogarnęła nas euforia. Spełnialiśmy swoje dziecięce marzenia: prawdziwy rejs, po prawdziwym morzu, prawdziwym pirackim, osiemnastowiecznym okrętem! Piękne słońce, ciepło, nieduże fale i dobry obiad sprawiły, że nastroje na pokładzie panowały szampańskie. Wytrzymaliśmy tak trzy godziny, w międzyczasie udało się jeszcze przeprowadzić próbne strzelanie z dział i opanować sterowanie Libavą. I wtedy, choć na początku wydawało się to niemożliwe, dopadła nas nuda. Żagle były postawione, wiatr nie zmieniał się ani o stopień, armaty przestrzelone, pokład umyty… Sytuację uratował Fingal, który zaproponował warsztaty szantowe. Po odśpiewaniu tego, co znaliśmy i nauczeniu się kilku nowych kawałków ktoś rzucił pomysł, żeby pograć w karty, potem w kości, i w ten sposób, na prawdziwych marynarskich rozrywkach, zszedł nam czas do wieczora.

5Około północy kapitan zdradził nam dokąd się kierujemy. Naszym pierwszym celem była wysepka Ruhnu, leżąca na Zatoce Ryskiej pomiędzy Rygą a Ozylią (Sareemą). Miała tam czekać na nas szwedzka łódź, w asyście której mieliśmy udać się do Arensburga (Kuressaare) na Ozylii. Po dotarciu na miejsce okazało się, że zostaliśmy zdradzeni, a Szwed odpłynął pod osłoną nocy do portu w Arensburgu, niechybnie po to, aby ostrzec załogę zamku o naszym przybyciu. Nie zwlekając opuściliśmy Ruhnu i ruszyliśmy w kierunku Ozylii; do Arensburga dotarliśmy o świcie. Po dobiciu do nabrzeża i miłym powitaniu ze strony miejscowej ludności poświęciliśmy kilka godzin na odpoczynek, po czym pomaszerowaliśmy do przygotowanych kwater w miasteczku. Hostel, który nam zapewniono, wykorzystaliśmy jako darmowy prysznic i magazyn na cywilne ciuchy; cały czas pobytu w Arensburgu spędziliśmy na Libavie.
6Pierwszy dzień upłynął nam na zwiedzaniu okolicy – urokliwego miasteczka, zamku (z wynajętym przez Anatola przewodnikiem) i okolic portu. Po południu miało miejsce pierwsze starcie w wykonaniu gdańskich kaprów. Libava, ostrzeżona o zasadzce szwedzkiej łodzi, weszła do portu udając nieuzbrojony statek handlowy. Elizabeth, z częścią naszej załogi na pokładzie, przepuściła swoją ofiarę przez główki, i zaatakowała ją od rufy. Silny ostrzał karabinowy spotkał się z odpowiedzią dział i muszkietówLibavy. W czasie wymiany ognia ranni zostali Adams i Simon. Kaprzy zdecydowali się na abordaż, któremu nie przeszkodziła różnica w wysokości burt obu jednostek. Bosmanowi i Smithy’emu udało się wedrzeć na Libavę, jednak zdecydowany opór załogi nie pozwolił im opanować okrętu. Elizabeth widząc pojmanie obu kaprów opuściła w pośpiechu port w Arensburgu i uszła na otwarte morze.

7Wieczorem – jak przystało na ludzi morza – impreza. Ładownie nie zostały całkiem opróżnione, a więc było czym ugościć tłumnie przybywających na Libavę Estończyków. W bardzo miłej atmosferze upłynęła cała noc, i rano (po niezapomnianym śniadaniu, składającym się z… czekolady i szampana) znów mogliśmy zająć się marynarską pracą. Większość dnia spędziliśmy wożąc pasażerów chętnych do odbycia „rejsu z piratami”, naszym zadaniem, oprócz pomocy przy manewrach portowych, było stworzenie pod pokładem „pirackiej tawerny” – piliśmy, śpiewaliśmy, graliśmy w kości i karty, a kto z pasażerów odważył się zejść pod pokład, ten sam mógł zakosztować życia wilków morskich. Późnym popołudniem miało miejsce kolejne starcie, tym razem dużo bardziej dramatyczne. Elizabeth ponownie podjęła próbę przejęcia Libavy, tym razem jednak kaprzy dali się wciągnąć w zasadzkę; dwaj z nich znaleźli się za burtą już w czasie podejścia do abordażu, trzeci – bosman – został ujęty na pokładzie. Marynarze z Libavy chcieli godnie zapłacić mu za morskie rozboje, jednak udało mu się wyswobodzić z kajdan i uciec wpław do szalupy, którą z portu uchodziła reszta kaperskiej załogi. Po bitwie mieliśmy okazję obejrzeć miejscowe targowisko regionalnych produktów. Wieczorem – znów impreza, tym razem pożegnalna, mieszkańcy Arensburga i turyści znów tłumnie przybyli na nasz pokład. O tym, że zabawa była udana niech świadczy to, że następnego dnia chcieliśmy wyjść z portu ok. 9.00 rano, udało się to dopiero o 15:00.

8W drodze powrotnej, na szlaku do Rygi, mieliśmy okazję zakosztować trochę mniej przyjemnych stron marynarskiego życia. Pewien czas po wyjściu z portu okazało się, że kapitan robiąc zapasy zapomniał kupić pieczywo. Na początku nie zrobiło to na nikim wrażenia, jednak kiedy poczuliśmy głód okazało się, że sama jajecznica czy chłodnik to o wiele za mało – i mimo, że powtórzyliśmy takie gotowanie kilkukrotnie, robiliśmy się coraz bardziej głodni. Sytuację opanował dopiero Martins, który przeszukał ładownie i znalazł w nich mąkę, olej i sól. To wystarczyło do upieczenia podpłomyków, które w naszej sytuacji były niczym manna z nieba. W końcu, jak mówi stara mądrość, głód to najlepsza przyprawa. Aby zaś uniknąć nudy i bezczynności, jaka towarzyszyła nam w czasie rejsu w przeciwną stronę, postanowiliśmy podzielić całą załogę na wachty, i zmieniać się przy sterze i stanowiskach obserwacyjnych co trzy godziny. Kapitan i I oficer byli nieco zdziwieni, że nie chcemy się po prostu wyspać, i sami chętnie skorzystali z tej możliwości, my jednak twardo pełniliśmy służbę aż do świtu, kiedy to minęliśmy wejście do portu w Lialupe, kończąc nasz rejs. Była to wyprawa, o jakiej nigdy nie odważylibyśmy się marzyć. Każdy z nas w dzieciństwie chciał być piratem, pływać żaglowcem, strzelać z dział, rabować i szaleć w pirackich portach, nigdy nie podejrzewaliśmy jednak, że nasze sny spełnią się tak szybko. Krótki rejs rozbudził jedynie nasze apetyty, i od tamtej pory, wspólnie z kapitanem Libavy, planujemy kolejne morskie wyprawy.

Michał „Bosman” Karolak